Probiotyki, prebiotyki, postbiotyki… czyli o co w tym wszystkim naprawdę chodzi?
Jeśli dziś ktoś interesuje się zdrowiem jelit, odpornością albo „odpowiednią dietą”, bardzo szybko trafia na słowa, które brzmią mądrze, ale… zaczynają się mieszać. Probiotyki, prebiotyki, postbiotyki, metabolity, toksyny. Pojawiają się wszędzie – w artykułach, reklamach, zaleceniach dietetyków i na etykietach produktów. I w pewnym momencie pojawia się naturalne pytanie: „Czy ja to w ogóle dobrze rozumiem?” Czy prebiotyk to to samo co probiotyk? Albo – po co mi postbiotyk, skoro mam kiszonki? A jeśli ktoś mówi, że wystarczy kapusta kiszona, to po co w ogóle suplementy?
Spróbujmy to wszystko uporządkować – spokojnie, po ludzku, zrozumiale i bez marketingu.
Zacznijmy od jelit – bo to tam wszystko się spotyka. W naszych jelitach żyją biliony różnogatunkowych mikroorganizmów. To nasza mikrobiota. Nie jest ona dodatkiem do organizmu, tylko jego funkcjonalną częścią. To praktycznie organ, którego przez wieki nie rozumieliśmy a który od kilkunastu już lat uważany jest przez naukę jako ten, bez którego organizm nie może prawidłowo funkcjonować. Tak, nasza mikrobiota decyduje codziennie o tym jak funkcjonujemy, jak się regenerujemy, jak chorujemy i zdrowiejemy. Mikroorganizmy te trawią, produkują związki bioaktywne, komunikują się i wpływają na układ odpornościowy, nerwowy i mózg. Praktycznie mają wpływ na każdą częścią naszego organizmu. Ale kluczowe jest coś jeszcze: nie chodzi tylko o to, że posiadamy ten pożyteczny mikrobiom a w nim bakterie probiotyczne, chodzi o to, co one robią i w jakich warunkach pracują.
I tu pojawiają się, i mają sens wszystkie te pojęcia.
Najpierw Probiotyki – czyli kto tam żyje. Probiotyki to żywe mikroorganizmy, które – podane w odpowiedniej ilości – mogą przynieść organizmowi korzyść zdrowotną. W praktyce, to bakterie, które rozwijają się w naszym organizmie, ale pozyskujemy je z zewnątrz, np. wraz z pożywieniem. Jednak muszą one dotrzeć do jelit żywe, przetrwać drogę przez żołądek, dwunastnicę i włączyć się w życie mikrobioty. Ale tu pojawia się ważna rzecz, o której rzadko się mówi: sam probiotyk niczego nie gwarantuje, jeśli nie ma w środowisku odpowiednich warunków do działania..
To trochę jak z dobrym rzemieślnikiem – możemy takiego zatrudnić, ale bez narzędzi i materiału nie wykona pracy.
Teraz – Prebiotyki – czyli czym te bakterie się żywią. Prebiotyki to pożywka dla bakterii. Najprościej: to pokarm dla mikroorganizmów, a nie dla nas. To mogą być: błonnik, oligosacharydy, czyli składniki żywności, które znajdują się m.in. w warzywach, czy owocach oraz inne składniki roślinne, których sami nie trawimy.
I tu pojawia się częsty błąd konsumencki: „Kupiłem prebiotyk, bo myślałem, że to probiotyk”.
A to zupełnie co innego. Ponieważ Probiotyk = bekterie a prebiotyk = jedzenie dla bakterii. Prebiotyk nie dostarcza bakterii, tylko karmi te, które już w nas są.
Teraz – Metabolity i postbiotyki – czyli efekt pracy bakterii.
Tu dochodzimy do sedna, które najczęściej jest pomijane. Bakterie nie są ważne tylko dlatego, że istnieją. One są ważne dlatego, że coś wytwarzają – produkują konkretne związki. W tym:
Metabolity – to wszystkie substancje powstające w trakcie pracy (metabolizmu) bakterii.
Te mogą być: korzystne, neutralne a czasem niepożądane (i tu pojawiają się toksyny).
Postbiotyki – to wyselekcjonowana część metabolitów, które: mają działanie biologiczne, są korzystne dla organizmu i samych bakterii, nie muszą zawierać żywych bakterii. W ich składzie znajdują się m.in. kwasy organiczne, peptydy bioaktywne, związki sygnałowe, enzymy – to właśnie one najczęściej odpowiadają za realny efekt działania preparatu .
Probiotyki a postbiotyki, to nie to samo. To bardzo ważna różnica. Probiotyki = bakterie a postbiotyki = efekt pracy bakterii.
A toksyny? Skąd one się biorą?
Krótko mówiąc – toksyny to też metabolity – ale takie, które powstają niekorzystnych warunkach. Mogą być efektem zaburzonej mikrobioty, niekontrolowanej fermentacji albo aktywności niepożądanych mikroorganizmów (tzw. patogenów).
Dlatego nie każda fermentacja jest dobra. Nie każda „żywa bakteria” działa korzystnie. Kluczowe nie jest samo istnienie bakterii, ale warunki w jakich pracują, i to co w ich wyniku powstaje.
A kiszonki? „Przecież to wszystko mam w kiszonkach” – i… tak i nie
Często można usłyszeć słychać: “Po co probiotyki? Przecież jem kiszonki”
Odpowiedź brzmi: Tak – i nie.
Prawdą jest, że kapusta kiszona, ogórki kiszone, kimchi – to wartościowe dla zdrowia produkty. Są naturalne, zawierają bakterie i ich metabolity. Mogą wspierać mikrobiom. Ale… To trochę jak powiedzieć: „Po co ćwiczyć, skoro chodzę po schodach”. Tak, schody są dobre, ale nie zastąpią ukierunkowanego treningu, jeśli masz konkretny cel.
Co warto wiedzieć o kiszonkach.
Kiszonki mają swoje ograniczenia. Są zmienne (każda partia inna), mają praktycznie nieprzewidywalny skład, zawierają głównie bakterie fermentacyjne, które praktycznie giną w żołądku (kwasy żołądkowe) i przestrzeni dwunastnicy (sole żółciowe). Ostateczne nie zawsze zawierają to, czego w danym momencie potrzebuje nasz organizm. Odwrotnie niż bakerie probiotyczne, które doskonale dają sobie radę zarówno w żołądku, jak i dwunastnicy.
Kiedy kiszonki wystarczają a kiedy nie.
Dlatego dla osoby zdrowej – kiszonki mogą być świetny elementem stylu życia, profilaktyki lub jako wsparcie mikrobiomu jednak przy problemach jelitowych, dysbiozie, stanach zapalnych jelit, problemach metabolicznych, neurologicznych, przy obciążeniu stresem, czy obniżonej odporności, kiszonki mogą być wsparciem, ale nie narzędziem terapeutycznym jakim mogą być probiotyki.
Dlaczego probiotyki, to coś więcej.
Dobrze dobrane bakterie probiotyczne są selekcjonowane, mają określone działanie, potrafią przetrwać warunki przewodu pokarmowego, działają bardziej przewidywalnie.
Jak to wszystko połączyć?
Najprościej tak: probiotyki → dostarczają wykonawców – prebiotyki → dają im paliwo, postbiotyki i metabolity → są efektem ich pracy a toksyny → pojawiają się, gdy system jest rozregulowany
Najważniejsze co warto zapamiętać.
Zdrowie jelit to nie produkt, to proces. Nie chodzi o to, żeby „kupić jakiś probiotyk” albo „jeść kiszonki”.
Chodzi o to, żeby stworzyć warunki, w których mikrobiota jest stabilna i działa na naszą korzyść. W przeciwnym razie doprowadzamy do dysbiozy a mikrobiom zamiast wspierać – zaczyna działać przeciwko nam.

